Dzisiaj jest: środa 22.08.2018 | Imieniny:

Od in vitro do NAPROtechnologii

autor: świadectwo

 

Kiedy w 1993 r. rozpocząłem pracę w klinice leczenia niepłodności małżeńskiej, tym problemem zajmowało się w Polsce nie więcej niż 15 – 20 lekarzy. Zapotrzebowanie było ogromne, sądziłem więc, że zacząłem pracować w prestiżowej instytucji, bardzo potrzebnej i bardzo pomocnej drugiemu człowiekowi.

 

Medycyna rozrodu, leczenie niepłodności to bardzo wysublimowana dziedzina wiedzy medycznej. Zacząłem ją zgłębiać i uczyłem się patrzeć na ten problem oczami pacjentów. Zobaczyłem, jakim dramatem jest dla małżeństwa brak potomstwa. Psychikę ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci, porównuje się do psychiki ludzi cierpiących na chorobę nowotworową. Czują się oni inwalidami społecznymi, rodzinnymi. Unikają tematu, a zwłaszcza pytań: „czy już jesteś w ciąży?”, „a dlaczego jeszcze nie pojawiło się u was dziecko?”… Nie chcą tego słyszeć. Płaczą gdzieś tam w zaciszu swojej sypialni, cierpią z tego powodu… Niesienie pomocy tym ludziom wymaga zaangażowania przez 365 dni w roku – bez dni wolnych, bez wytchnienia. Nikt, kto nie chce się poświęcić, kto nie chce pomagać drugiemu człowiekowi, nie może pracować w tym zawodzie.

Ja sam zawsze starałem się pracować z miłością, z uczciwością i z serdecznością; zdobywałem zaufanie pacjentów. Wiedziałem, że to wszystko jest niezbędne w procesie leczenia, niezależnie od sposobu, jakiego się używa. Bo przecież miałem do czynienia z żywymi ludźmi – którzy płaczą, którzy cierpią z powodu choroby – cierpią i fizycznie, i psychicznie. Przy tym pracowałem z medycznym profesjonalizmem – bo to było konieczne, żeby wygrać z niepłodnością.

 

Awans zawodowy

 

Praca w klinice programu in vitro wiązała się z obcowaniem z ludźmi na całym świecie, bo przecież niepłodność jest wszędzie. Zjazdy, kongresy, sympozja pozwalały na wymianę doświadczeń i informacji, ale także  po prostu poznać cały świat. Praca w takiej klinice to także olbrzymie pieniądze. Obrzydliwie olbrzymie pieniądze. Ludzie oddają wszystko, żeby doprowadzić do poczęcia dziecka. Przez kilkanaście lat zarabiają, by potem wydać wszystko; sprzedają samochód, mieszkanie, zapożyczają się – żeby tylko wygrać ze swoją chorobą, żeby tylko w rodzinie pojawiło się to upragnione maleństwo.

Otrzymywałem codziennie kilka, później kilkanaście telefonów. Kiedy się udało, ludzie byli szczęśliwi; kiedy się nie udawało, pacjenci przyjeżdżali powtórnie. Zacząłem sobie uświadamiać, że potrafię z nimi rozmawiać, że mi ufają. Oprócz telefonów przychodziło dużo listów, w których pacjenci pisali o narodzinach dziecka, o wyglądzie tego dziecka, o kolorze jego włosów, oczu… Przysyłali zdjęcia tych dzieci… Nieraz całe rodziny przyjeżdżały po dwóch czy trzech latach z bukietem kwiatów, żeby pokazać to dziecko i podziękować. Jak mogłem nie wierzyć w to, co robiłem? Jak mogłem nie wierzyć, że jestem potrzebny? Czułem się bardzo dowartościowany jako człowiek, jako lekarz, jako ktoś, kto pomaga drugiej istocie na tej kuli ziemskiej – istocie, która cierpi.

Szybko awansowałem i zdobywałem sławę. Szczerze wierzyłem, że robiłem coś dobrego i potrzebnego. Czynnik materialny i prestiż oraz świadomość, że ma się 47 lat i zdobyło się wszystko – pociągały, by nadal rozwijać się w tym kierunku. Byłem w otoczeniu ludzi, którzy robią program in vitro, lub tych, którzy chcą mieć wykonany program in vitro, bo cierpią z powodu niepłodności. Na co dzień czytałem dziesiątki artykułów i książek na temat leczenia niepłodności i możliwości użycia tego programu. Choć pochodziłem z rodziny katolickiej, to zagadnienie istnienia i działania Boga nie miało dla mnie znaczenia; żyłem zgodnie z tradycją, nie zagłębiając się w jej sens...

 

Przełom

 

Był początek 2007 roku. Wracałem do domu ze swoją żoną po wczasach na Słowacji. Poczułem, że dzieje się ze mną coś, czego po ludzku nie potrafię nazwać. Czułem, że zaczynam postrzegać życie zupełnie inaczej, że ono zaczyna we mnie tętnić. Zobaczyłem to życie i swoją pracę przez pryzmat dwóch koron drzew: jedna jest zielona, pełna liści, żywa – to te dzieci, którym się daje szansę w programie in vitro, a drugie drzewo – suche, bez liści – to te dzieci, którym się szansy na dalsze życie po prostu nie dało... Taki jest program in vitro! Zawsze wiedziałem, że ileś istnień ludzkich musi zginąć w trakcie realizacji in vitro, ale tego wieczoru jakby otworzyły się moje oczy i zacząłem to widzieć przez pryzmat tętniącego życia.

 Po kilku dniach otwieram gazetę – i co widzę? Wśród 10 tys. wyrazów na szpalcie gazety zaledwie trzy dotyczyły życia – a ja widziałem właśnie je i według mnie one świeciły. Czułem, że nie jest to iluzja ani przypadek, czułem działanie Siły Nadprzyrodzonej.

Potem przyszła wiosna i na naszym osiedlu zazielenił się trawnik. Kiedy miałem przejść z jednego chodnika na drugi, bałem się stanąć na trawie. Łapałem się na tym! Bałem się zniszczyć życie, które może być ukryte pomiędzy źdźbłami trawy – a przecież w programie in vitro niszczyłem życie przez cały czas!

W tym okresie, gdy doznawałem tego wszystkiego, pewnego dnia ojciec Pio stanął przede mną jak żywy. Przeżyłem wtedy duchowy wstrząs. Zrozumiałem, że muszę zmienić swoje życie. Potem przychodził jeszcze wielokrotnie, ale już w czasie snów. Było w nich wyjątkowe odczucie realności tego, co się ze mną dzieje. Ojciec Pio pokazywał mi, co mam robić, zupełnie się ze mną nie patyczkując. Dawał mi wolną wolę, ale był strasznie twardy.

Właśnie wtedy zacząłem czytać książki o ojcu Pio. Przeczytałem je wszystkie jednym tchem. Dowiedziałem się, że św. Franciszek też nie mógł stanąć na trawniku, bo nie chciał zniszczyć życia! Miałem przekonanie, że to Pan Bóg mnie dotknął, i byłem bardzo szczęśliwy, że tak się stało. Tylko nie wiedziałem, co zrobić, żeby nie zmarnować tej wyjątkowej szansy, żeby pójść za wolą Boga, za tym, co mi Pan Bóg wyznacza...

Pewnej nocy obudziłem się bez przyczyny i nagle usłyszałem: „Ufaj Jezusowi!”. Choć głos był nieziemski, był bardzo realny; usłyszałem te słowa wyraźnie, powtórzone trzy razy. Usiadłem na łóżku w środku nocy – ale nie byłem przerażony, raczej ciekawiło mnie, co to takiego. I w pewnym momencie odczułem, że ucho, którym to słyszałem, zaczęło mnie bardzo mocno boleć. Ból ten trwał ze 40 sekund. Później, kiedy wątpiłem w to wszystko, co przeżywałem, ten fizyczny ból ucha, który czułem absolutnie na jawie, świadczył o tym, że to nie była jakaś iluzja, lecz pełna prawdziwość.

Kiedy zacząłem dostrzegać te znaki i przeżywać dotknięcie Pana Boga, poszedłem do szefa, właściciela kliniki programu in vitro, i powiedziałem: „Nie mogę u ciebie pracować. Nie mogę pracować w programie in vitro. Nie potrafię pracować przy życiu i je »niechcący« niszczyć”. Nie chciałem mu mówić o swoich odczuciach, bo prawdopodobnie by mnie wyśmiał. On odpowiedział, że pewnie jestem zmęczony, i kazał mi gdzieś wyjechać i odpocząć. Ucieszyłem się, że mogę sobie odpocząć poza urlopem. Byłem pewny, że nie będę mógł kontynuować tej pracy, ale chciałem nabrać do tego dystansu i zdecydować, jakie mogą być moje dalsze kroki, kiedy już opuszczę tę klinikę programu in vitro.

Pojechaliśmy z żoną jeszcze raz na Słowację. Pewnego wieczoru, około godziny osiemnastej, wyjechaliśmy z hotelu do kościoła, który znajdował się w odległości 16 – 17 km. Był tam jeden ksiądz na sześć kościołów, który codziennie odprawiał Mszę w innej świątyni. Wiedzieliśmy już, w którym kościele będzie, tylko nie wiedzieliśmy, gdzie ten kościół jest. Była prawie szósta wieczorem – ciemno, mgła, jechałem 30 na godzinę… Nagle przykleił się do przedniej szyby gołąb, biały gołąb, który nas prowadził może z 500 m – do zakrętu, w który trzeba było skręcić, żeby trafić do tego kościoła. Gdybym sam tylko widział tego gołębia, prawdopodobnie nikt by nie uwierzył w to opowiadanie, ale w tym samochodzie siedziała oprócz mnie moja żona i nasza koleżanka ginekolog.

 

Powrót syna marnotrawnego

 

Pojechaliśmy na Jasną Górę do kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej. Ukląkłem. Nie miało dla mnie znaczenia to, że przychodzą i odchodzą ludzie, że widzi mnie 1000 osób. Nie wiem, ile czasu się modliłem. Łzy kapały ciurkiem… Podniosłem głowę i uświadomiłem sobie, że klęczę przed filarem, na którym wisi obraz syna marnotrawnego, przyjmowanego przez ojca na progu domu. Nie ukrywam, że się uśmiechnąłem przez te łzy, bo to dla mnie był następny znak Pana Boga – że On mnie po prostu przyjmuje, pomimo tej mojej przeszłości, kiedy to posiłkowałem się narzędziem „życie za życie” – programem in vitro…

Z Częstochowy pojechaliśmy na kilka dni do Zakliczyna – do klasztoru, gdzie przełożoną jest siostra Cecylia. Rozmowy z nią dużo mi dały; już i tak byłem pewien, że nie będę w programie in vitro, ale ona jakoś umocniła moje zaufanie do Pana Boga. Dała mi między innymi na pożegnanie taką książkę św. Josemarii Escrivy Droga. Bruzda. Kuźnia i powiedziała: „Czytaj codziennie pewien fragment z tej książki i rób tak, jak to przeczytałeś”. Dla mnie to były znaki na co dzień. Czytałem i szedłem, i robiłem coś, czytałem i szedłem, i robiłem coś. To było realne, żywe doświadczenie istnienia Pana Boga, którego nie widziałem, ale którego słyszałem.

31 marca złożyłem wypowiedzenie w swojej klinice i powiedziałem, że już nie będę pracować przy metodzie in vitro. Właściciel powiedział mi wówczas tak: „Niejeden profesor w Polsce chciałby mieć twoje nazwisko. Osiemdziesiąt procent wszystkich pacjentek, które trafiają tutaj, do Białegostoku, przyjeżdża do ciebie. Co ty robisz!?”. W tym momencie całkowicie zaufałem Panu Bogu, zrezygnowałem z pracy w tej klinice programu in vitro, z tych wielkich comiesięcznych pieniędzy, za które można było co miesiąc kupić nowy samochód, bardzo dobrej marki. Zdjąłem fartuch, zostawiłem swoje atrybuty lekarza i powiedziałem, że lekarzem nigdy więcej nie będę, nie chcę być – bo nie chcę niszczyć życia. Przez 16 lat leczyłem niepłodność, zajmowałem się bardzo wysublimowaną dziedziną medycyny i nie potrafiłbym leczyć czegoś innego.

Pojechaliśmy z żoną na pielgrzymkę do Izraela. Ziemia Święta – piąta Ewangelia – była dla mnie niezmiernie pomocna. Chodziłem po śladach Świętej Rodziny. Byliśmy tam trzy tygodnie z dwoma kapłanami. Tym księżom, a szczególnie jednemu z nich, opowiadałem to wszystko, co tutaj. Siedzieliśmy, ja płakałem i on płakał, a potem odprawiał Mszę św. I dzięki temu, czując namacalnie obecność Pana Boga, przyjmowałem Komunię i miałem siłę planować, co ze sobą zrobić. Zaufałem Panu Bogu i pozwoliłem Mu, by mnie prowadził.

Naprotechnologia

 

Jesienią zadzwoniła koleżanka ginekolo – ta sama, która była z nami na Słowacji i która także widziała gołębia. Zapytała mnie, czy wiem, co to jest naprotechnologia. Oczywiście nie wiedziałem, ale powiedziałem jej, że jeżeli to nie jest brzydkie słowo, to będę próbował szukać, co to takiego ta naprotechnologia. Okazało się, że jest to dziedzina, która pomaga leczyć niepłodność, która walczy z niepłodnością u małżeństw potrzebujących tej pomocy. Dziedzina naukowa – nie jakaś wyssana z palca, lecz prawdziwa medycyna. Poczułem się szczęśliwy, bo okazało się, że mogę całą swoją zdobytą wiedzę i doświadczenie zastosować w praktyce. To nie była sztuka zdjąć fartuch i wszystko rzucić, ratując swoją duszę. Przypuszczam, że Pan Bóg kiedyś by mnie zapytał: „Co z twoimi talentami? Nie spożytkowałeś ich dla dobra innych”… Zaniedbanie to też przestępstwo, to też jest grzech...

W 2008 roku prof. Hilgers, twórca naprotechnologii, organizował zjazd naprotechnologów w Rzymie. Namówiłem kolegów z Białegostoku, pojechaliśmy do Rzymu i tam na tych wykładach przekonałem się, że warto się zająć tą dziedziną nauki, że jest to absolutnie naukowe podejście, w którym się stosuje wszystkie współczesne narzędzia: diagnozowanie, począwszy od badania nasienia, wywiad, badanie kobiety, ultrasonografię, badania hormonalne, badania endoskopowe (czyli laparoskopię, histeroskopię), badania nad płodnością człowieka; w którym się używa chirurgii ginekologicznej, tzn. eliminuje się nieprawidłowości, jeżeli takowe są, w sposób chirurgiczny – czyli usuwa się zrosty, usuwa się endometriozę, przywraca się drożność jajowodów – a przede wszystkim jest to metoda, która nie zapomniała o naturze kobiety.

Profesor Hilgers zaproponował klucz, dzięki któremu można odczytać wiele nieprawidłowych zjawisk zachodzących w organizmie kobiety, by potem wprowadzać leczenie, nadzorując dalej cykl. I kiedy po zabiegach leczniczych cykl wraca do normy, płodność kobiety wraca do normy – i dochodzi do naturalnego poczęcia oraz ciąży.

Pierwsze dziecko w programie in vitro urodziło się w 1987 roku. W tym właśnie roku Hilgers zaczął swoje badania i wtedy też pojawił się wyraz „naprotechnologia”. Pan Bóg dał dwa sposoby, jak postępować w razie niepłodności – człowiek wybrał program in vitro. Ale Hilgers powiedział uparcie: „Nie, ja nie będę robił programu in vitro. Ja będę szanował życie i będę próbował szukać innych rozwiązań”. I opracował naprotechnologię. Jan Paweł II, w tym czasie będąc papieżem, finansowo pomagał Hilgersowi. Co roku wypisywał mu czek na kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy dolarów i pomagał temu lekarzowi, bo on nie miał z czego żyć.

Uzmysłowiłem sobie, że Pan Bóg podsuwa mi konkretne zadanie. Mógłbym pracować w małym gabinecie ginekologicznym, z małym ultrasonografem, i uprawiać naprotechnologię w zaciszu, w skrytości. Nikt by jednak wtedy o tym nie wiedział oprócz moich pacjentów, a ja czułem, że powinienem coś zrobić, żeby naprotechnologia była metodą pozytywnie postrzeganą przez całe społeczeństwo oraz środowisko medyczne. W tym celu trzeba operować narzędziami statystyki, narzędziami medycznymi, które dają powtarzalność, które dają taką sprawność, żeby po opublikowaniu jakiejś pracy naukowej została ona przyjęta, a nie odrzucona. Żeby to była metoda współczesnej medycyny. Pojawił się więc pomysł na założenie ośrodka, który będzie wyposażony w takie narzędzia, jak ultrasonografy i laboratorium analityczne, w którym będzie możliwość badania hormonów, w możliwość bardzo precyzyjnego badania nasienia i hormonów, badań endoskopowych (my robimy ambulatoryjnie histeroskopię), badań, które dają możliwość wglądu w szyjkę macicy – czyli kolposkopii, gdzie bdą możliwe zabiegi krioterapii – czyli usuwanie nieprawidłowości w obrębie szyjki macicy. Taki ośrodek wcale nie będzie gorszy od ośrodków, od klinik programu in vitro.

I udało się! Pierwszego stycznia 2009 roku otworzyliśmy NaProMedicę w Białymstoku – w mieście, gdzie w tej chwili są cztery ośrodki programu in vitro; w Białymstoku, w którym przyszło na świat pierwsze dziecko z in vitro; w Białymstoku, w którym – nie tak dawno – został beatyfikowany ks. prof. Michał Sopoćko.

 

Bóg ma ostatnie słowo

 

Nie jest mi łatwo, bo idę pod prąd w Białymstoku, w którym z piętnastu profesorów pracuje w programie in vitro; każdy z tych profesorów mnie zna i pamięta, jakie miałem wyniki; być może dlatego nie bardzo wiedzą, czy można mnie ugryźć, czy nie można. Myślę, że Pan Bóg prowadzi to wszystko tak, że mnie nie ruszają – przynajmniej do czasu.

Odnieśliśmy już pierwsze sukcesy. Przychodzą pacjentki na przykład po dwóch nieudanych programach in vitro i u nas, po samych tylko obserwacjach modelu Creightona, dochodzi do poczęcia. Profesor Hilgers, twórca naprotechnologii, pokazywał jej skuteczność za pomocą przyjętych w nauce narzędzi i pojęć. Na przykład w Holandii skuteczność programu in vitro – mam na myśli urodzenie zdrowego dziecka – na przestrzeni półtora roku leczenia, kiedy to w programie in vitro można wykonać 3 – 4 podejścia, wynosi 62%. Jednocześnie skuteczność przy użyciu naprotechnologii do dwóch lat leczenia wynosi około 80%. Z tych dwu rozwiązań tylko naprotechnologia daje gwarancję szacunku dla każdego istnienia ludzkiego i zachowuje pełną godność przyszłych taty, mamy i dziecka. Program in vitro takich gwarancji nie daje.

Naprotechnologia jest metodą szanującą całkowicie naturę, umożliwiającą małżeństwu doprowadzenie do ciąży w domu. Program in vitro wyprowadza poczęcie poza kontekst małżeństwa. Naprotechnologia jest sto razy tańszą metodą niż program in vitro. Jeżeli chodzi o taką wstępną diagnostykę i nauczenie małżeństwa obserwacji według modelu Creightona, to jest to wydatek od 1000 do 1500 złotych. Potem leczenie, które w zależności od przyczyny i stosowanych leków może kosztować 5 zł albo tysiąc złotych miesięcznie. Dla porównania cena jednego podejścia w programie in vitro wynosi 7 – 15 tys. złotych.

Naprotechnologia nie jest metodą alternatywną – to jest jedyna możliwa metoda leczenia niepłodności na całym świecie. Wiem na pewno, że właśnie tego chce Pan Bóg – i niczego innego. Widzę też, jak działa metoda; widzę, że jest skuteczna; widzę, że jest coraz więcej pacjentów.

Na co dzień mówię swoim pacjentom o aspektach biologii i etyki. Bardzo łatwo wyłapuję wśród nich osoby, które też doznały dotknięcia Pana Boga. To widać po ich twarzach. Takim pacjentom można mówić więcej – ich się od razu rozumie i także oni mnie od razu rozumieją. Ale generalnie świat nie chce zrozumieć, że w sprawach życia i śmierci, w sprawach poczęcia i leczenia niepłodności to Pan Bóg ma decydujące zdanie.

Nie można pomagać innym, niszcząc życie ludzkie. Nie można znaleźć szczęścia, idąc po trupach. Nie można być wierzącym w Boga, dawcę życia, i jednocześnie przyczyniać się do śmierci człowieka, stworzonego na Jego obraz i podobieństwo. Musimy dokonać jednoznacznego wyboru – i w dziedzinie leczenia niepłodności takim wyborem, zgodnym z wolą Boga, jest naprotechnologia.

 

lek. med. Tadeusz Wasilewski, Białystok

 

Zamów w sklepie

sklep.milujciesie.org.pl

Zamów prenumeratę

Jeśli jesteś zainteresowany pranumeratą papierową kliknij tutaj

poprzedni   |   następny wróć

Posłuchaj o nas w Twoim lokalnym radiu:


Copyright © Wydawnictwo Agape Sp. z o.o. ul. Panny Marii 4, 60-962 Poznań, tel./ fax: 61/ 852 32 82 | tel. 61/ 647 26 86