Dzisiaj jest: środa 22.08.2018 | Imieniny:

Jestem w przedsionku Nieba!...

autor: świadectwo

  Spotkanie Anny z Wacławem, krewnym jej znajomej, który zmarł 6 czerwca 1988 r. Był działaczem politycznym w PRL, zajmował wysokie stanowiska.

  Anna: Gdy moja zna­jo­ma od­wie­dzi­ła Wa­cła­wa przed śmier­cią, poznał ją i – jak sądziła – chciał zwró­cić się do niej z proś­bą o przy­pro­wa­dze­nie księdza. Jed­nak jego naj­bliż­si wy­pro­si­li ją z po­ko­ju i unie­moż­li­wi­li przy­by­cie ka­pła­na. W tym okresie wraz z nią mo­dli­łam się za nie­go. Kie­dy my­śla­łam, że do­brze by było, aby o swo­jej śmierci opo­wie­dział ktoś, kto po­mi­mo dzia­ła­nia przeciw Bogu uzy­skał Jego prze­ba­cze­nie, i ża­ło­wa­łam, że nie znam ni­ko­go takiego, po­wie­dzia­no mi, że p. Wa­cław mnie zna, bo modliłam się za niego, i pra­gnie dać świa­dec­two Mi­ło­sier­dzia Boga, jeśli On zgodzi się na to. Oczy­wi­ście od­po­wie­dzia­łam, że pra­gnę usły­szeć jego relację. Oto ona: 

 

              Wacław: Proszę Pani, nie zaj­mę Pani dzi­siaj wie­le czasu, bo wiem, że nie włada Pani jeszcze w pełni ręką i nie należy jej for­so­wać. Może więc tyl­ko to, co naj­waż­niej­sze, na po­czą­tek. Je­stem w przed­sion­ku nieba – tak na­zy­wam czy­ściec, któ­ry roz­po­czął się dla mnie jesz­cze za życia, w cho­ro­bie (pa­ra­liż). Sły­sza­łem wszyst­ko, ro­zu­mia­łem, choć miałem okresy jak­by snu, za­pa­da­nia w ciem­ność, ale nie mo­głem mówić ani dać naj­mniej­sze­go zna­ku, że jestem przy­tom­ny. Z roz­mów wnio­sko­wa­łem, że umie­ram, a jed­no­cze­śnie za­czę­ło we mnie wzra­stać prze­świad­cze­nie, że nie ginę, ale od­cho­dzę. Stało się ono wresz­cie pew­no­ścią i wte­dy zro­zu­mia­łem (jako że by­łem ochrzczo­ny i wy­cho­wa­ny w ro­dzi­nie wie­rzą­cej i uczy­łem się religii w szko­le), że stanę przed Panem na­szym nieprzygotowany i że już na to za póź­no. Poznałem sio­strze­ni­cę, chcia­łem ją pro­sić o pomoc, o ra­tu­nek, ale moja ro­dzi­na, moje dzie­ci (tak, moje dzie­ci!) usu­nę­ły ją. Ogar­nę­ła mnie roz­pacz, bo zro­zu­mia­łem, że ich po­sta­wa jest skut­kiem mo­jej, że ja sam sobie jestem wi­nien i zbieram plo­ny swego wy­bo­ru. 

            Poznałem, że zmarnowałem ży­cie, prze­ciw­sta­wia­jąc się Praw­dzie i słu­żąc Jej wrogom. Chociaż ja sam z Bo­giem nie walczyłem; wystarczy, że po­mi­ną­łem Go, że zi­gno­ro­wa­łem jedyny sens, jedyną drogę właściwą i opo­wie­dzia­łem się za tymi, któ­rzy chcą znisz­czyć Boga w ser­cach ludzi, a tym sa­mym za­mknąć im dro­gę do Praw­dy, tak jak ja za­mkną­łem ją dla sie­bie i ro­dzi­ny. My­śla­łem coraz jaśniej i lo­gicz­niej, poj­mo­wa­łem coraz sze­rzej kon­se­kwen­cje swo­je­go do­bro­wol­ne­go wy­bo­ru i skut­ki, któ­re z niego wy­nik­ną dla mnie, a i dla in­nych: bli­skich, współ­pra­cow­ni­ków i tych, któ­rzy bra­li przy­kład ze mnie. To było strasz­ne! Wie­dzia­łem, że już nic zrobić się nie da, by spro­sto­wać, za­prze­czyć, przy­znać się do błę­du. 

            Szcze­gól­nie strasz­ne wy­da­ło mi się zgor­sze­nie in­nych, od­wie­dze­nie ich od Praw­dy, a więc zgo­to­wa­nie im mo­je­go losu – losu gor­szy­cie­la z Ewan­ge­lii (bo przy­po­mnia­łem sobie ten frag­ment zna­ny ze szko­ły). Wie­dzia­łem, że słusz­nie na­le­ży mi się wy­rok po­tę­pie­nia. Ale ci inni, któ­rzy zgi­ną prze­ze mnie! Ogar­nę­ło mnie prze­ra­że­nie. Za­czą­łem pro­sić Boga (bo wie­dzia­łem, że On jest i bę­dzie mnie są­dzić) za tych, wo­bec któ­rych za­wi­ni­łem, i bła­gać, by ich ra­to­wał. 

            Wte­dy zo­ba­czy­łem Pana na­sze­go, Jezusa Chry­stu­sa. Był w ko­ro­nie cier­nio­wej, w czer­wo­nym płasz­czu ob­szar­pa­nym u dołu, z pla­ma­mi krwi. Pod płasz­czem, roz­chy­lo­nym na pier­siach, wi­dać było na­gie cia­ło po­kry­te siń­ca­mi, ra­na­mi i za­schłą krwią. Pa­trzył na mnie wzro­kiem peł­nym współ­czu­cia i zro­zu­mie­nia, nie jak sę­dzia, a jak przy­ja­ciel, to­wa­rzysz nie­do­li, tak jak gdy­by uża­lał się nade mną, a nie nad sobą. Za­py­tał: „Ża­łu­jesz?”. By­łem wstrzą­śnię­ty, prze­ra­żo­ny ta­kim ob­ra­zem, bo była w Panu na­szym wiel­ka czy­stość, nie­win­ność i spo­kój, a jed­no­cze­śnie krew spły­wa­ła Mu z czo­ła, po po­licz­kach i wzdłuż szyi kro­pla­mi i stru­my­ka­mi. Wy­krzyk­ną­łem: „Tak! Tak! Tak! Jezu, ra­tuj ich, bo zgi­ną prze­ze mnie!”. Pan po­wie­dział: „A ty?”, z tak ser­decz­ną tro­ską, że się zdu­mia­łem, lecz mia­łem prze­ko­na­nie, że los mój jest prze­są­dzo­ny – nie mia­łem nic na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie i nie chcia­łem się tłu­ma­czyć, bo wie­dzia­łem, że sam wy­bra­łem do­bro­wol­nie ta­kie ży­cie, i do koń­ca nie chcia­łem o Bogu sły­szeć. 

            Je­zus pa­trzył na mnie, czytał w moim ser­cu. Mia­łem świa­do­mość, że wie­dział o mnie wszyst­ko. Jak gdy­by przy­bli­żył się i ci­cho, ła­god­nie po­wie­dział: „Te­raz, kie­dy Mnie po­zna­łeś, czy chciał­byś być ze Mną?”. To było dla mnie strasz­li­wym bó­lem, bo w jed­nej se­kun­dzie zro­zu­mia­łem, że od­dał­bym całe swo­je mi­nio­ne ży­cie za moż­ność by­cia przy Panu, że być z Nim nie mogę i że od­tąd cała wiecz­ność bę­dzie dla mnie nie­skoń­czo­ną tę­sk­no­tą i roz­pa­czą. Nie by­łem w sta­nie nic po­wie­dzieć, a Je­zus za­py­tał: „Czy ko­cha­łeś lu­dzi? Czy sta­ra­łeś się im po­móc? Czy pra­gną­łeś ich do­bra?”. Pod­nio­słem oczy. Pan się uśmie­chał tak jak mat­ka do dziec­ka, a ja zda­łem so­bie spra­wę, że mo­głem zro­bić o wie­le wię­cej do­bra, że w ogó­le mo­głem tyl­ko tym się zaj­mo­wać, po­ma­gać, słu­żyć im i że tyl­ko to ma war­tość w oczach Pana. Po­wie­dzia­łem bar­dzo ci­cho, ze wsty­dem: „Za mało. Mo­głem wię­cej”. I to była praw­da. 

            Jezus od­po­wie­dział: „Nikt ni­gdy nie zrobił tyle do­bre­go, ile mógł, ale ty, synu (!), chcia­łeś, praw­da?”. To sło­wo „synu” spo­wo­do­wa­ło, że za­la­ła mnie wdzięcz­ność po­łą­czo­na z za­chwy­tem i zdu­mie­niem, że On, ode­pchnię­ty prze­ze mnie, znie­wa­żo­ny, przy­zna­je się do mnie. Zbu­dził się cień na­dziei, a Pan sze­rzej roz­chy­lił płaszcz i wy­po­wie­dział swój wy­rok: „Patrz, oto jest cena two­je­go oca­le­nia. Wy­ku­pi­łem cię i dro­go za­pła­ci­łem, abyś mógł żyć. Dla­te­go, synu, że ko­cham cię. Od po­cząt­ku swe­go ist­nie­nia by­łeś i je­steś ko­cha­ny. Krew Ojca uspra­wie­dli­wia syna”. Pan nasz się prze­mie­nił. Stał się ja­śnie­ją­cy, pro­mien­ny, szczę­śli­wy – tak pe­łen ma­je­sta­tu, że upa­dłem Mu do nóg, ale nie śmia­łem do­tknąć Jego stóp. Ogar­nę­ło mnie ta­kie szczę­ście, że mia­łem wra­że­nie, iż zgi­nę, roz­pad­nę się, prze­sta­nę istnieć. 

 

            Potem – nie wiem, po jak dłu­gim cza­sie – po­czu­łem na gło­wie ręce swo­jej mat­ki. Byli przy mnie bli­scy, ota­cza­li mnie, cie­szy­li się, że będę z nimi. Pan od­da­lił się chy­ba dla­te­go, bym nie umarł – je­śli tak moż­na po­wie­dzieć o nas tu – ze szczę­ścia. Po­wo­li za­czą­łem się orien­to­wać, że to jest sta­ła i pew­na rze­czy­wi­stość świa­ta Bo­że­go, a wszyst­ko, co na­zy­wa­łem „ży­ciem”, to tyl­ko chwi­lo­wy zbiór spraw, rze­czy, lu­dzi i cza­su, któ­ry wciąż prze­mi­ja i się prze­mie­nia. Nie­trwa­łe, ulot­ne prze­mi­ja­nie peł­ne bólu, lęku, emo­cji, am­bi­cji, gwał­tu, prze­mo­cy, wro­go­ści wza­jem­nej, wal­ki, głu­po­ty, za­cie­trze­wie­nia, pod­ło­ści, in­tryg, zdrady oraz nędz­nych motywacji i czy­nów. Prze­mi­ja­nie, cią­głe zmia­ny, śmierć i na­ro­dzi­ny, wiosna i już zima. Krót­ki czas wy­bo­ru, któ­ry moż­na wy­peł­nić albo do­brem – z Bo­giem – albo swo­ją ni­co­ścią, i z ni­czym – lub go­rzej – ze zbrod­nią, zdra­dą, za­przań­stwem sta­nąć przed są­dem Mi­ło­ści.

Zamów w sklepie

sklep.milujciesie.org.pl

Zamów prenumeratę

Jeśli jesteś zainteresowany pranumeratą papierową kliknij tutaj

poprzedni   |   następny wróć

Posłuchaj o nas w Twoim lokalnym radiu:


Copyright © Wydawnictwo Agape Sp. z o.o. ul. Panny Marii 4, 60-962 Poznań, tel./ fax: 61/ 852 32 82 | tel. 61/ 647 26 86